• Wpisów: 1202
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 6 dni temu, 21:40
  • Licznik odwiedzin: 122 488 / 2165 dni
 
majusia1413
 
Dzisiaj na stół wyciągam nowy album Ariany Grande, któremu artystka nadała tytuł "Sweetener" jak widać powyżej. Wiem, że trochę spóźniłam się, gdyż album pojawił się tydzień temu z małym hakiem, jednak po kilkukrotnym przesłuchaniu, przetrawieniu i małej wenie, która pojawiła się wręcz znienacka, jestem gotowa by napisać tę amatorską recenzję AG4. Tym bardziej, że Ariana króluje w pierwszej trójce moich ulubionych wokalistek.
1 47J6LljP-Ub2fz3TaVdUNQ.jpeg

Ariana Grande z pewnością zaskoczyła nie jedną osobę tą oto płytą. Nie tylko ze względu na muzykę jaką reprezentuje, lecz nawet i okładką, która jako pierwsza nie jest czarno-biała.
Jeśli o samą muzykę chodzi to jednak Ari wkroczyła na lekko inny teren. Muzyka odbiega od jej poprzedniej twórczości, ale cóż... Zacznijmy od początku.


"raindrops", który zaczyna album to śliczna piosenka, a raczej intro, ponieważ treaser, który zaprezentowała wokalistka i jest on wyżej, to nic więcej jak ledwie 40-sekundowy utwór wykonany a capella. Lekko się zawiodłam, bo mam wrażenie, że z "raindorps" mogła wyjść na prawdę piękna piosenka.Mimo to, sam głos Ariany przyprawił o ciarki na całym ciele.

Teraz chętnie zacznę od piosenek, które zapowiadały album. "No tears left to cry", które pokochałam po kolejnym przesłuchaniu, które podbiło serca słuchaczy swoim tekstem nawiązującym do tragedii w Menchesterze. "the light is coming" to mieszanka R&B z hip-hopem, wykonana oczywiście z Nicki Minaj, do której przekonałam się po kilku przesłuchaniach. Oczywiście ostatnią (Póki co) piosenką zapowiadającą "Sweetener" jest "God is a woman", która świetnie wpada w ucho i świetnie reprezentuje nową płytę Grande.

Oprócz "the light is coming", pojawiły się jeszcze dwa utwóry, w których występują inni artyści. Pierwsza to "blazed" wykonana z Pharellem Williamsem. Brzmi ona trochę jak napisana lekko pod niego. I szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie, jak Ariana wykonuje ją na żywo. Jest słaby... I tyle.
Następna jest piosenka "borderline" z Missy Elliot, która jest... Hmmm... Mam wrażenie, ze partia Missy jest tam kompletnie niepotrzebna i dodana tak trochę z dupy, co w sumie pogarsza sytuację tego utworu, który i tak nie należy do najlepszych.
Jeśli już mowa o piosenkach, które równie dobrze mogłyby nie pojawić się na albumie to muszę w tym momencie wykrzyknąć "R.E.M.". Piosenka jest po prostu nijaka i naprawdę spodziewałam się czegoś więcej, tym bardziej, że Ariana wiele razy o niej wspominała. Utwór jest nudny i dłużący się w nieskończoność. W pewnym momencie wyłączyłam się i nawet nie zauważyłam kiedy zaczęła lecieć już następna piosenka. Cały utwór mógłby się zmieścić w sumie w minucie, jak "pete davidson". O ludzie... Po tej piosence spodziewałam się ociekającego miodem tekstu, jak to miłość do niego nie jest wielka, jednak utórr okazał się zupełnym przeciwieństwem. Mam wrażenie jakby wokalistka na siłę próbowała wcisnąć coś dla Pete'a, a sam tekst jakby powstał na ostatnią chwilę.
A teraz już za koleją. Piosenka "Sweetener" - tytułowa piosenka całego albumu. Melodia jest świetna i podoba mi się, ALE... Miałam wrażenie, że skoro piosenka jest równocześnie tytułem całego krążka, to jednak będzie o osłodzeniu życia, czy coś w tym stylu a piosenka jest po prostu... o seksie...
"Successful" jest nudne. "Better off" - melodia również świetna i podobała mi się, jednak tekst... Pozostawiam bez komentarza. Rozumiem, że seks króluję teraz wśród artystów, no ale błagam... Ta płyta była zapowiadana jako ta, która "miała osłodzić życie w trudnych chwilach". "Goodnight n go" jest spoko, jednak jest to po prostu cover Imogen Heap bodajże.  Ale wpada w ucho, muszę przyznać. "Get well soon" jest po prostu spoko.

Okey... Nie wspomniałam o dwóch piosenkach. Nie wspomniałam o nich w powyższym paragrafie, ponieważ zasługują na wyróżnienie, gdyż oprócz tych promujących album, te dwie są NAJLEPSZYMI piosenkami, które pojawiły się na albumie. "everytime" bardzo mi się spodobało (naprawdę, uwielbiam ją). "breathin" jest niezaprzeczalnie perełką na tym albumie (oczywiście nie licząc "NTLTC" oraz "GIAW"), która wręcz prosi się by zostać kolejnym singlem promującą album. Sądząc po kilku rankingach nie tylko ja uważam, że to jedna z najlepszych piosenek.



To już bodajże koniec mojej "recenzji". Mimo, że album obyłby się bez kilku utworów to i tak uważam, że mogę spokojnie dać ocenę 8/10. Wydawało się, że płyta miała osładzać życie, jak pisała powyżej, a wyszedł kolejny w muzycznym show bisnesie ksrążek, w którym wręcz ocieka miłością i seksem. Jednak Ariana wkroczyła na nowe tory, więc można przymrużyć oko na tą dość (nie oszukujmy się) eksperymentalną płytę.
I tak chętnie poszłabym na jej koncert. Dziękuję za uwagę.

Jeśli przesłuchaliście całą, lub tylko niektóre piosenki, możecie napisać w komentarzu co o tym myślicie. Chętnie przeczytam wasze opinie.

A tak z innej beczki. Udało mi się obejrzeć galę MTV video music awards 2018, która odbyła się we wtorek o 3 rano. XD Ale i tak się cieszę, bo zarąbiście było obejrzeć to wszystko na żywo. Skończyło się gdzieś około 5, ale i tak było warto! Co prawda było wszystko było po angielsku i było pierdyliard reklam (które trwały w sumie z 5 minut, może mniej), ale nie narzekam.

A tymczasem do zobaczenia w następnym wpisie! ♥

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

 
  •  
     
    Fajna recenzja :3. I fakt - widać, że Ariana przeszła samą siebie. A "Breathin" to jest w ogóle super :D.
    I gratuluje że w tym roku udało ci się obejrzeć galę ;).